Wciąż zadaje sobie to pytanie. Wiem, że nikt nie zna godziny ani daty ale ja bym już chciała wiedzieć. I móc się przygotować. A tak - nie wiem nic. Lekarze wprawdzie dają mi nadzieję na jeszcze rok życia ale ja w to nie wierzę. Moja choroba trwa już 4 lata, więc "aż" tyle byłoby mi dane?
Czasem nie wierzę w Boga. Daje umrzeć tylu osobom... skazuje ich na cierpienie... i to ma być życie? To się nazywa raczej ból.
Chciałabym przed śmiercią móc usłyszeć głos Babci i Dziadka i śpiew ptaków... I Babcia mówi, że to jest piękne? Ale cóż to dla mnie znaczy? Nic.
I znowu mieć włosy. Takie jak kiedyś, brązowe, błyszczące i do pasa. Ale ich już nic mi nie przywróci.
Czasem patrzę na to jak Babcia rozmawia z Dziadkiem i im zazdroszczę... Tak swobodnie się ze sobą porozumiewają... A ja? Ze mną muszę "rozmawiać" na migi... A że Dziadek nie umie to zwykle piszemy sobie kartki.
Zawsze z tego powodu byłam smutna. Że inni słyszą a ja nie mogę. I zawsze byłam odizolowana od innych dzieci.
Albo, że inne dzieci mają normalną rodzinę: Mamę i Tatę i Rodzeństwo. Dziadków też, ale nie są oni na pierwszym planie.
A u mnie od zawsze było inaczej. Rodzice się mnie wstydzili i zawsze bili. A mój starszy brat się nademną zawsze znęcał.
Jak się potem dowiedziałam, to mnie w ogóle miało nie być. Byłam wpadką.
Kiedy przychodzili do nas znajomi, to ja zawsze byłam zamknięta a sypialni i nikt nie wiedział o moim istnieniu.
W ogóle rodzice nigdy zemną nie rozmawiali, nawet nie pisali kartek. Uważali mnie za pokrakę, za jakiegoś... hm wyżutka. I nie dbali o mnie. Nie byłam im potrzebna, robili karierę i nie chcieli by ktokolwiek wiedział że trzymają w domu dziwoląga.
Aż w końcu Babcia i Dziadek dowiedzieli się co się ze mną dzieje i zaczęła się walka w sądzie. Miałam wtedy z 5 lat... rodzice dali odrazu na wygraną, chcieli się mnie za wszelką cenę pozbyć.
Babcia i Dziadek zajęli się mną jak trzeba. Ale ja byłam od zawsze zamknięta w sobie. Bałam się ludzi i boję się ich do dziś. Zbyt bardzo mnie skrzywdzili.
A 2 lata temu, dokładnie na początku lutego dowiedziałam się o chorobie.
Czułam się dziwnie już od dawna ale nie chciałam martwić Babci. Tyle miała na głowie...
Ale w końcu zauważyła, że jestem biała jak ściana i ociężała.
Nigdy jednak bym nie pomyślała że to jest białaczka...
Właściwie nie wiedziałam co się dzieje. Dopiero potem Babcia mi powiedziała. Myślałam, że kłamie, płakałam i krzyczałam. Ale przeciez krzyk nic nie da. Na moje leczenie potrzebne były pieniądze.
Babcia dzwoniła do moich.. hm rodziców i błagała o to by sfinasowali leczenie.
A co oni zrobili? Nic. Odłorzyli słuchawkę i powiedzieli że nie jestem ich dzieckiem.
Może, gdyby mi wtedy pomogli miałabym jakąs nadzieję... ale już nie mam.
Dziadek ma do mnie wielki żal o to, że nie powiedziałam im co się ze mną dzieje, że się źle czuję. Marzył, ze wyjdę na ludzi, że zdobęde dobry zawód... Teraz to już tylko marzenia.
No, ale w końcu moje życie składa się z samych marzeń.
Czasem myślę, że lepiej by było gdyby mnie nie było. Wtedy Dziadkowie nie mieli by zmartwień... odkąd się urodziłam przysparzam wszystkim same kłopoty.
A ja tak bardzo chciałabym być zdrowa i szczęśliwa... Móc żyć.
Tylko czemu to jest aż tak dużo..?